Czytanie książek – mistyczna podróż
Czytanie książki. Czynność powtarzana od wieków, przekazywana z pokolenia na pokolenie, niczym sztafeta.
Oczywiście, nie jest to jedynie czynność. To coś więcej. O wiele więcej.
Otwieranie książki to szczególne wejście w relację z jej autorem. To pewna mistyczna podróż, spotkanie z człowiekiem, który – często będący już po drugiej stronie – zechciał zostawić nam swoje słowo, myśl, obraz. Istotnie, żyjący pisarze to jedynie mały ułamek całego dziedzictwa literatury. Większość, to ci, których już nie ma. A jednak są, wychodzą ku nam na spotkanie poprzez swoje dzieła. Czytanie to relacja, która sięga poza śmierć.
Są książki nowe, które kupujemy czy też, którymi zostajemy obdarowani. Powiększają zasób naszych domowych biblioteczek. Stają się częścią naszego życia. Oczywiście, to my decydujemy które z nich wśród nas pozostaną. Książki są w pewnym sensie lustrem ich posiadacza.
Ale są też szczególne książki. Te, które wypożyczamy z biblioteki. Biorąc je do ręki, nie tylko wchodzimy w relację z autorem, ale dodatkowo jesteśmy ich kolejnymi czytelnikami. „Kim była osoba, która ją czytała przede mną?”; „Co ją skłoniło do tej lektury?”; „Czy to mężczyzna czy kobieta?”; „Żyje jeszcze?”. Takie i pewnie wiele innych pytań mogą się w nas pojawiać podczas czytania wypożyczonej książki. To też swoista relacja. Czasem można znaleźć czyjąś zakładkę zostawioną w książce… Ktoś tu był, tutaj się zatrzymał…
Podczas czytania książek są takie momenty, w których zostajemy w jakiś szczególny sposób pochwyceni czytanym słowem. Autor, którego być może już nie ma pośród żyjących, kontynuuje swoje dzieło wprawiając czytelnika w zachwyt, w radość, czy też we wzruszenie, w smutek. Są takie fragmenty.
Jakiś czas temu postanowiłem sobie przepisywać takie właśnie szczególne momenty, na które natrafiłem w czytanych przeze mnie książkach. Wydają się dla mnie zbyt cenne, aby tam pozostać. Zanim książka wróci na półkę, niech nakarmi tym, co piękne i dobre również innych. Być może już nikt po nią więcej nie sięgnie, a tak – ma szansę pozostać zauważoną i ponownie wziętą do rąk. Bonum est diffusivum sui (św. Tomasz z Akwinu).
François Mauriac, Cierpienia i szczęście chrześcijanina, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1958, s. 45.
«Szukam w jego życiu tej chwili, w której oficer kolonialny, trochę otyły, rozpustny, cieszący się złą sławą z powodu swej rozwiązłości, zaczyna przeobrażać się w istotę przyodzianą w białe szaty, odcieleśnioną, w istotę trawioną miłością Bożą w czasie konsekrowania hostii na pustyni» (o Karolu de Foucauld).
François Mauriac, Aby zbawił, co było zginęło, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1958, s. 145.
«On miał nadal dziesięć lat, nie zrobił przecież nic złego. Spojrzenie matki przenikało narastającą warstwę nieznanych postępków i dziś nadal widziała go takim, jakim był dawniej. Nawet w najgorszym człowieku pozostaje coś czystego, dopóki żyje jego matka».
François Mauriac, Aby zbawił, co było zginęło, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1958, s. 165.
«Być powołanym… Powołanie… Nie jest bez znaczenia, że młodzieniec zostaje naznaczony imieniem jak piętnem – naznaczony, wyłączony… Alain bez zastrzeżeń pogrążył się w ów strumień rozkoszy, którego nurt tajemnie płynął poprzez lata czystej młodości, i nagle dotarł do jego źródła: niezbyt wyniosłe wzgórze, drzewo Krzyża wyrastające niewiele ponad ziemię, na wpół ukryte w nędznym i wiecznotrwałym kłębowisku obelg, szyderstwa i miłości; a wokoło przejmująca grozą obojętność świata (ten sam gest powtarzany od wieków, to samo pchnięcie włócznią, zadawane obojętną ręką). Nic na to poradzić nie może; nie widzi nic poza drzewem Krzyża; przywodzi do niego każda odpowiedź zawarta w małym katechizmie dla dzieci, który od dwóch tygodni każe mu powtarzać stary proboszcz z Sauternes».
Romano Guardini, Bóg. Nasz Pan Jezus Chrystus. Osoba i życie, Fronda, Warszawa 1999, s. 394.
«Kiedy ktoś pyta: Co właściwie jest pewne? Tak pewne, że można dla tego żyć i za to umrzeć? – odpowiedź brzmi: miłość Chrystusa. Życie uczy nas, że tym czymś absolutnie pewnym nie są ludzie – choćby najlepsi i najmilsi; także nie nauka czy filozofia, czy sztuka, czy cokolwiek będącego wytworem człowieka. Również nie natura, tak pełna głębokiej ułudy; albo czas czy los… Nawet nie po prostu Bóg; grzech zbudził bowiem gniew Boga – i jak moglibyśmy bez Chrystusa wiedzieć, czego mamy od Niego oczekiwać? Pewna jest tylko miłość Chrystusa. Nie możemy nawet powiedzieć: miłość Boga, to bowiem, że Bóg nas kocha, wiemy ostatecznie tylko przez Chrystusa. A gdybyśmy to nawet wiedzieli bez Chrystusa – miłość może być też nieubłagana, a im jest szlachetniejsza, tym bardziej surowa. Dopiero przez Chrystusa wiemy, że miłość Boża jest miłością przebaczającą. Otóż pewne jest tylko to, co się objawiło na krzyżu: intencja w tym zawarta, moc, która wypełnia owo serce. Jest prawdą to, co często tak nieudolnie bywa głoszone: że serce Jezusa Chrystusa jest początkiem i końcem wszystkiego. I jeśli cokolwiek jeszcze jest pewne – tam, gdzie chodzi o życie wieczne i wieczną śmierć – jest pewne dzięki Niemu».
Bella V. Dodd, Szkoła ciemności, Wydawnictwo AA, Kraków 2020, s. 140-141.
«Gdy tak stałam przy łóżku ojca, patrząc nań i trzymając go za rękę, tata otworzył oczy – nadal niezwykle jasne i niebieskie. Nie mógł mówić, ale patrzył na mnie uważnie, a po chwili z jego oka spłynęła pojedyncza łza. Ten widok zapadł we mnie głęboko i niepokoił mnie później przez wiele lat, ponieważ w jakiś sposób wydawał się oznaczać smutek z mojego powodu. Z wyrzutami sumienia pomyślałam, że przez te wszystkie pełne zamętu lata zawiodłam go jako córka i opuściłam, pozbawiając swojego towarzystwa».
Bella V. Dodd, Szkoła ciemności, Wydawnictwo AA, Kraków 2020, s. 158-159.
«Matka zmarła w moich ramionach pewnej nocy kilka tygodni później. Śmierć nadała jej twarzy piękny wygląd. Kiedy stałam przy jej ciele, nagle zobaczyłam ją w jej wielkim, białym swetrze, z bochenkami chleba w rękach, kroczącą przez pola w Pilgrim’s Rest. Dokoła niej latały dzikie ptaki, które wiedziały, że przyszła je nakarmić. Zawsze pomagała ptakom, zwierzętom, dzieciom i dorosłym. Odtąd bardzo mi jej brakowało. […] Niekiedy, leżąc, zastanawiałam się, jak długą przebyłam drogę do takiej samotności. Jak daleko za sobą zostawiłam pokój w otoczeniu kasztanowców, w domu, w którym byli matka i ojciec, a także dzieci z naszej rodziny, gdzie planowałam swoją przyszłość».
Bella V. Dodd, Szkoła ciemności, Wydawnictwo AA, Kraków 2020, s. 274.
«Odrzucając mądrość i prawdę, które Kościół zachował i z których korzysta w budowaniu harmonii i ładu nakazanego przez Chrystusa, dałam się znieść prądowi na nieznane morza, bez kompasu. Ja i mnie podobni z ulgą chwytaliśmy się fałszywej pewności, jaką oferują materialiści, i akceptowaliśmy ich program tym łatwiej, że wzbogacono go o apel o „poświęcenie dla braci”. Nauczyłam się już jednak, że takie frazesy jak „braterstwo ludzi” są puste i pozbawione znaczenia, jeśli nie opierają się na solidnej wierze w ojcostwo Boga».
Bella V. Dodd, Szkoła ciemności, Wydawnictwo AA, Kraków 2020, s. 275-276.
«Kiedy przyjechałam, było zimno, ale szybko o tym zapomniałam, rozgrzana ciepłem ich gościnności. Ogrzali moje zmarznięte dłonie i posadzili w jedynym wygodnym krześle, a Clo podała skromną kolację. Jim odmówił modlitwę dziękczynną przed jedzeniem, jak to zawsze robił u nas w domu. Rozmawialiśmy o Świętach, a kiedy ich słuchałam, zrozumiałam, dlaczego nie dotknęło ich zgorzknienie. Cieszyli się tym, co mieli. Byli radośni i pełni życia, a przede wszystkim mieli w sobie jakąś głęboką duchowość, która przemieniała ich biedny pokoik w wyspę harmonii. Odnaleźli duchowy spokój w odrapanym budynku na złowrogo wyglądającej ulicy z podwórkami zawalonymi śmieciem i potłuczonym szkłem».
Bella V. Dodd, Szkoła ciemności, Wydawnictwo AA, Kraków 2020, s. 277.
«Autobus pełen był gwarzących radośnie ludzi. Siedziałam między nimi samotna, z głową opartą o szybę, patrząc jak uciekają w tył szare ulice. W wielu z tych zakątków przeprowadzałam kampanie. Chodziłam tymi ulicami przez długie miesiące wypełnione działaniami pozbawionymi znaczenia, marnotrawiąc najlepsze lata w udawanej walce. „Tak wiele zmarnowanych lat” – myślałam – „tak samo szarych, jak te ulice”».
Bella V. Dodd, Szkoła ciemności, Wydawnictwo AA, Kraków 2020, s. 277-278.
«Kościół był zatłoczony. Wszystkie miejsca zajęte. Prawie nie było gdzie stać – ludzie szczelnie wypełnili nawy. Stałam tak w tłoku, w połowie drogi między ołtarzem a chórem. Zaczęła się Msza. Z chóru popłynęły kolędy. Trzej księża w białych ornatach sprawowali starożytny rytuał. Dzwon zadzwonił trzy razy, ludzie padli na kolana w uwielbieniu. Patrzyłam na twarze pogrążone w łagodnym świetle, nabożne i pełne wdzięczności. Zrozumiałam, że to właśnie tu, wokół mnie były te masy, których tak długo szukałam; które chciałam kochać i pomagać im. Tu było to, czego na próżno szukałam w Partii Komunistycznej: prawdziwe braterstwo wszystkich ludzi. Tu byli mężczyźni i kobiety wszystkich ras i pozycji społecznych, w różnym wieku, połączeni miłością Boga. Tutaj braterstwo ludzi nabierało znaczenia. Modliłam się. – Boże, pomóż mi – powtarzałam w kółko. Tej nocy, po Pasterce, długo jeszcze spacerowałam ulicami Nowego Jorku, zanim wróciłam do mojego pokoiku. Nie zauważałam mijających mnie ludzi. Byłam tak samo sama, jak już od dawna. Ale tlił się we mnie ciepły płomyczek nadziei. Wiedziałam, że prowadzona przez Gwiazdę coraz bardziej zbliżam się do domu».
Bella V. Dodd, Szkoła ciemności, Wydawnictwo AA, Kraków 2020, s. 284.
«Antyklerykalizm, od lat będący częścią mojego myślenia, osłabł we mnie zupełnie, kiedy patrzyłam na światła zapalane każdego poranka wokół ołtarza Matki Bożej z Guadalupe; a kiedy świeczki były już zapalone i widziałam księdza sprawującego Najświętszą Ofiarę, czułam nieuchronne przyciąganie do balasek ołtarza, ale wciąż tkwiłam w ciemności u końca nawy jako widz. Mówiłam sobie, że nie jestem jeszcze gotowa. I bałam się dramatycznych gestów. Ale w miarę upływu dni czułam, że opuszcza mnie napięcie i wypełnia mnie wewnętrzny spokój».
Emile Rideau, Objawienie. Słowo Boże, PAX, Warszawa 1974, s. 33-34.
«Podobnie jest z działalnością artystyczną. Niewątpliwie odrywa się ona od poznania teoretycznego, jakby wiedząc o jego niewystarczalności. Kusi się o inny sposób przybliżenia tajemnicy rzeczywistości, wyjaśnionej przez myśl w sposób iluzoryczny. Wynajduje rozliczne zabiegi, by zbliżyć się do świata niewidzialnego i uchwycić jego przekaz czy sens. Nie wyrzekając się świata wrażeń zmysłowych, a nawet odnajdując właściwą jego wartość, wyznacza w nim lub wciela weń – za pomocą niezliczonych sugestii – doskonałość piękna. Przeczuta przez poznanie i wiedzę nowa forma tego, co transcendentne, dokonuje wobec człowieka swej tajemniczej epifanii; jest to nagłe wtargnięcie, naznaczone przez sacrum. Choć poezja nie może jeszcze sama przez się nazwać niewidzialnego, istotna jej rola na ludzkiej drodze wzwyż polega na budzeniu w człowieku pewnego zmysłu, poczucia tego, co niewidzialne; polega ona na dalszym jeszcze niż w nauce – a nawet dalszym niż w filozofii – przekroczeniu pozorów. Jakże można nie pomyśleć i tu także o łaskawym „objawieniu się” Absolutu , który wychodzi ku człowiekowi, by dokonać jakiejś pracy wychowawczej! A technika artystyczna jest jedynie skromnym środkiem, który ma niejako oswoić artystę. W chwilach szczerości twórca powinien uznać, że nawiedza go pewien dar, który od niego nie zależy. Dlatego to twórczość artystyczna i jej dzieło mają charakter religijny».
Luigi Giussani, Śladami chrześcijańskiego doświadczenia, Wydawnictwo Michalineum, Warszawa/Struga-Kraków 1988, s. 7-9.
Po tylu doświadczeniach wspólnego życia z Jezusem, po tragedii Kalwarii i przejściu przez tajemnice Paschy, Apostołowie jeszcze zbyt mało rozumieli swego Mistrza. Oto na kilka godzin przed Jego wniebowstąpieniem, pytają, kiedy ustanowi nowe królestwo Izraela, zgodne z oczekiwaniami wszystkich, królestwo doczesne i polityczne!
„Zapytali Go zebrani: „Panie, czy w tym czasie przywrócisz królestwo Izraela?” (Dz 1,61).
Dlaczego jednak, pomimo że Go nie rozumieli, jednak szli za Nim? Byli przecież wśród nich tacy, którzy porzucili żonę, dzieci, dom, łódź i sieci, urzędy, handel. Dlaczego trwali przy Nim?
Działo się tak dlatego, że Chrystus stał się dla ich uczuciowości wartością centralną.
Dlaczego?
Chrystus był jedynym Nauczycielem, którego słowa wyrażały całe ich ludzkie doświadczenie, zawierały w sobie poważnie potraktowane ich pragnienia, ujawniały to, co normalnie było nieuświadomionym, niejasnym oczekiwaniem. Tak więc ci, którzy dotychczas byli przekonani, że jedyną potrzebą ich życia jest chleb, teraz zaczynali rozumieć, że „nie samym chlebem żyje człowiek”. Chrystus był dla nich także bliźnim, w pełnym tego słowa znaczeniu, wychodzącym im naprzeciw, by pomóc, by wyjaśnić trudności, by uzdrowić nawet wtedy, gdy doświadczali fizycznej ułomności, by dobrym darem ubogacić duszę, odpowiedzieć na wymagania, być w pośrodku ich doświadczenia…
Jakie zaś były ich doświadczenia? Można powiedzieć, że uosobieniem ich pragnień i doświadczeń byli oni sami, właśnie tacy, jakimi byli w całej swej ludzkiej naturze.
Tak więc Chrystus przybywa właśnie tu, do moich ludzkich uwarunkowań, do kogoś oczekującego dopełnienia. To On połączył się ze mną, zaproponował siebie jako spełnienie mojego podstawowego pragnienia.
Dlatego, chcąc spotkać się z Chrystusem, przede wszystkim powinniśmy poważnie postawić problem realizacji naszego człowieczeństwa.
W tym celu należy najpierw otworzyć się na samych siebie, to znaczy dostrzec wyraźnie własne doświadczenie życiowe, ujrzeć z sympatią człowieka, którym jesteśmy. Mówiąc prościej – winniśmy rozważyć i zobaczyć siebie takimi jakimi jesteśmy naprawdę.
Rozważyć – to znaczy, potraktować poważnie wszystko to, czego doświadczamy – we wszystkich aspektach i w celu odkrycia wszystkich znaczeń.
Trzeba, jednakże zachować w tym dużą ostrożność, gdyż zbyt łatwo zdarza się nam wychodzić nie z naszego prawdziwego, całkowitego doświadczenia, nie z tego, co stanowi o jego tożsamości. W rzeczywistości bowiem często identyfikujemy doświadczenie z częściowymi wrażeniami i w ten sposób sprowadzamy je do wynaturzonego prymitywizmu. Często ma to miejsce właśnie w sferze uczuciowej, gdzie rządzą nami upodobania lub nierealne wyobrażenia o przyszłości.
Jeszcze częściej mylimy doświadczenie z uprzedzeniami lub schematami myślenia przyjmowanymi, często nieświadomie, od środowiska. Wówczas w miejsce otwarcia na przyszłość, w miejsce szczerego zainteresowania, poczucia zależności, których przecież wymaga życiowe doświadczenie. przedkładamy wartości i sugestie ograniczające i utrudniające jego rozwój. Mit „postępu naukowego, który kiedyś zaspokoi wszystkie nasze potrzeby”, jest jedną ze współczesnych form takich prymitywnych i fałszywych przekonań; nie uwzględnia on bowiem ani naszych prawdziwych potrzeb, ani nie jest w stanie je poprawnie zinterpretować; stroni od spojrzenia na życie ludzkie bez uprzedzeń i od akceptacji człowieka ze wszystkim, co go stanowi. Dlatego właśnie współczesna cywilizacja krąży ślepo między pozbawioną nadziei pychą a najciemniejszą rozpaczą.
Jan Twardowski, W niebie, w: Jan Twardowski, Ratunek dla dorosłego, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983, s. 90.
W niebie
Trzeba minąć świętego Piotra z ciężkim kluczem
Agnieszkę z barankiem przy twarzy
Teresę co jeszcze kaszle bo marzła w klasztorze
trzeba przepychać się przez męczenników
co stanęli z krzyżem i utworzyli korek
obok skromnego bociana
obok Agaty co częstuje solą
obok świętego Franciszka z wilkiem
(zdejmuje mu kaganiec żeby mógł poziewać)
obok świętego Stanisława z zeszytem do polskiego
i widzę wreszcie moją matkę
w nie spalonym domu
przyszywa guzik co się gubił stale
ile trzeba przejść nieba żeby ją odnaleźć
Joseph Ratzinger / Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu, cz. II Od wjazdu do Jerozolimy do Zmartwychwstania, Jedność, Kielce 2011, s. 246-247.
W Męce Chrystusa cały brud świata wchodzi w kontakt z nieskończenie Czystym, z duszą Jezusa Chrystusa, a przez to samo z samym Synem Bożym. Jeśli zazwyczaj rzecz nieczysta przez kontakt zaraża i brudzi rzecz czystą, to tutaj spotykamy się z czymś przeciwnym. Gdzie świat z całą swą niesprawiedliwością i z wszelkim okrucieństwem dotyka nieskończenie Czystego, tam On, Czysty, jest równocześnie mocniejszy. Poprzez ten kontakt brud świata jest prawdziwie wchłonięty, zniweczony i przemieniony przez nieskończoną miłość. Ponieważ w Człowieku Jezusie jest obecne dobro nieskończone, teraz w historii świata jest obecna i skutecznie działająca siła zwalczająca wszelkie postaci zła, a dobro jest nieskończenie większe od całego, tak przecież ciągle strasznego, ogromu zła.